powrót

Iński Park Krajobrazowy

CZTERY PORY ROKU W IŃSKIM PARKU KRAJOBRAZOWYM I JEGO OTULINIE

Opowieść autorstwa Magdy i Macieja Tracz i pochodzi z folderu IŃSKI PARK KRAJOBRAZOWY
( opowieść jest tak piękna, że nie warto silić się na jej przebijanie )

Wiosna

Każdy ma własną miarę czasu. Każdy inaczej dzieli mijające chwile. Na Pojezierzu Ińskim liczy się lata według przylotów żurawi.
W połowie lutego, gdy przychodzą cieplejsze dni, pewnego ranka rozlega się przed wschodem słońca hejnał i od tych tonów rozpoczyna się kolejna wiosna. Z początku rzadko, bo lutowa wiosna potrafi zmienić się jeszcze w zupełną zimę, potem w cieplejsze dni coraz częściej słychać charakterystyczne krzyki i nawoływania. Gdy wczesnowiosenne słońce roztopi lody, żurawie z zieleniejących wzgórz, z pól strzelającej do słońca oziminy, z rewirów zajętych, pilnie strzeżonych i przygotowywanych do budowy gniazd, odgrywają swoje hejnały raz za razem. Śpiewne krzyki wypełniają przestrzenie, słońce nagrzewa wilgotną ziemię, na zielonych zboczach rozkwitają wiosenne kwiaty, a w dole w ciepłych kałużach, w płytkich stawach i jeziorkach rozpoczyna się następny koncert. Jeszcze gdzieniegdzie na wodzie unoszą się tafle lodu, jeszcze na leśnych polanach widać ostatnie spłachetki śniegu, a już z szuwarów dochodzi jakby bulgot wody w imbryku. Żaby moczarowe rozpoczynają gody. W promieniach wiosennego słońca samce stroją się w weselną błękitną skórę i adorując szarobrązowe samice, odgrywają swoje namiętne bulgocące melodie.
Rzekotka drzewna w ciepłe wieczory urządza jeszcze głośniejsze koncerty. Z nad wody przykrytej mlecznymi oparami wieczornych mgieł się fale rytmów. Zagłuszają pohukiwania puchacza, godowe wołania kuropatw, kwakania kaczek i buczenie krzyków nad łąkami. Cała noc pulsuje graniem rzekotek, a gdy milknie ono nad ranem, prym przejmują inne żaby.
Kameralista – kumak nizinny zawodzi rzewnie i cicho. Skrzeczą i rechoczą śmieszki, pospolite żaby wodne i jeziorowe. A ponad nimi w słonecznych błękitach i deszczowych granatach rozlegają się ptasie krzyki i rozgrywa się skrzydlata wiosna.
Gdy z dołu odzywają się pierwsze żurawie, orle pary szybują w przestworzach ponad sunącymi z zachodu kluczami zmęczonych gęsi, ponad przestrzeniami, które wypełnia świergot skowronków, trele szpaków i z dnia na dzień coraz więcej melodii innych skrzydlatych podróżników.
W lesie, na łąkach i nad wodami rozpoczyna się ruch i rwetes. Budowanie gniazd, rywalizacja i odganianie intruzów, godowe pieśni i zaloty.
Gdy w gniazdach pojawiają się pierwsze jaja, ptasi rodzice muszą podwoić czujność. Czworonożne drapieżniki: tchórz, kuna, lis i jenot szukają zdobyczy dla swoich świeżo urodzonych w dziuplach i norach młodych. Puszyste kulki popiskują w oczekiwaniu na matkę, której gibki tułów i ciche łapy przemykają w zaroślach. Lisica atakowana przez mewy w kolonii przeskakuje zwinnie z jednej kępy turzycy na drugą. Polowanie tym razem nie udało się. W noże pod rozłożystą sosną czekają cztery młode, a głód doskwiera. Kunie powiodło się lepiej. W kaczym gnieździe pozostały puste skorupki jaj. Ale to początek lęgów. Krakwa, która straciła pierwsze zniesienie, zaraz dołoży następne. Z położonego w pobliżu gniazda gęgawy niedługo wypłyną młode. W rozległym łanie trzciny perkozy dopiero budują swoje pływające gniazda. Perkozek zwinnie nurkuje pomiędzy gałęziami wierzby, strącając żółty pyłek z kwitnących wierzbowych kotków. Jego chichoczący głos rozlega się to z jednego to z drugiego brzegu. Perkozy wduczube wyciągają szyje i stroszą swoje rogate głowy w godowym tańcu. Ich ptasie pisklęta wypływają na wodę dopiero wtedy, gdy młode gęsi już będą uczyły się latać. Nad jeziorem szybuje kania ruda, szukając wyrzuconej na brzeg ryby. Ze śpiewnym kwileniem przelatuje orlik, który właśnie powrócił do swojego rewiru. Wraz z nim, wraz z kukaniem kukułki i piosenką wilgi pojawia Się nad jeziorem pierwszy oddech lata…

LATO

Lato to czas bujnego wzrostu i kwitnienia. Gdy wzgórza zanurzą się w morzu zieleni, gdy las zaczyna zaczyna oddychać ciepłym i wilgotnym powietrzem, gdy wszędzie brzęczy i buzuje bogactwo wszelkich form życia, można mieć pewność, że oto właśnie rozpoczęło się lato. W zaroślach, po kwietnych łąkach przemykają ostrożne łanie ze swymi kropkowanymi cielętami. Sarnięta pobekują w zaroślach, domagając się matczynej obecności i opieki. Młode dziki wytrwale podążają za fukającą lochą, a z nor zaczynają wychodzić i baraszkować na słońcu lisie i jenocie szczenięta. Woda jezior nagrzew się przyjemnie, z łanów trzcin wyłaniają się sunące za rodzicami żółte kulki świeżo wylęgłych kacząt. Młode perkozy podróżują wygodnie na grzbiecie rodziców, a bobrowi malcy pozostawiają na topolowych gałęziach pierwsze ślady zębów. Nad każdą ptasią rodziną, nad każdą parą ruchliwych zwierzęcych uszu krąży chmara komarów, much i muszek wypełniając leśne ostępy uporczywym brzęczeniem. Jest to nieodłączny element bujnego letniego życia. Wpisane w skomplikowaną sieć powiązań i zależności, dokuczliwe insekty stanowią nieodłączne ogniwo łańcucha, który jeziora, żyzne łąki, wzgórza i wilgotne doliny spina śladami małych i większych odnóży, łap i racic. W pierwotnej przestrzeni niezmierzonej różnorodności roślin i zwierząt, wszystko obraca się we wspólnym kręgu przemian, tworząc harmonijną jedność.
Buszując w maliniakach, zbierając pod starymi dębami pierwsze lipcowe prawdziwki, susząc pachnącą miętę, siedząc w dymie wieczornego ogniska, można doświadczyć uczuć i wrażeń, które pod zadymionym niebem wielkich miast, w hałasie samochodów, w pośpiechu i zgiełku przestają być czytelne. Gdy nad torfowiskiem podnoszą się ciepłe opary, a kobierce kwitnącej wełnianki falują lekko na wietrze, na świat spływa spokój. Wtedy na wieczornym niebie wygasa czerwona łuna słońca i wstaje księżyc w oparach mgieł. Pod migotliwymi gwiazdami zaczynają swe nocne koncerty derkacze i ich głos niesie się nad wyciszonymi łąkami Księżyc wędruje pomiędzy chmurami, a na tle to mrocznej to posrebrzonej ściany lasu przesuwają się rogate cienie jeleni wychodzących na łąkę. W pierwszych promieniach porannego słońca na zmoczonej rosą trawie ich przejście pozostawia smugi otrzepanych z kropel śladów. Za chwilę w poprzek tego traktu przebiegają sarny. Z przodu mała koza, a tuż za nią bardzo zaangażowany kozioł-zalotnik. Nad lasem pojawia się nagle ciemny kształt. Spłoszona koza uskakuje w zarośla, a jej adorator wytrwale podąża za nią, niczego nie dostrzegając. Po błękitnym niebie szybuje orla rodzina. Młody bielik ciemniejszy i nieco większy od rodziców nieporadnie jeszcze trzepie skrzydłami. To jeden z jego pierwszych lotów. Wychował się na niedostępnej wyspie wśród bagien i kilka dni temu opuścił gniazdo na starym potężnym dębie. Teraz krąży nad dywanami kwitnących grzybieni i kolczastej jeżogłówki i uczy się od rodziców polowania. Kaczki uciekają z głośnym niezadowoleniem, a z daleka zaczynają dołączać do tej wrzawy odgłosy burzy. Krzyczą rybitwy, krążące nad swoimi gniazdami, a wyżej granatowe chmury niespodziewanie szybko zasnuwają słoneczny błękit. Grzmi coraz bliżej, zaczyna kropić, potem padać i lać. Ziemia się trzęsie, deszcz spada ciepłymi strumieniami, a na niebie jedna za drugą rozpalają się krzaczaste błyskawice. Gdy niedługo potem oddalają się grzmoty i słabnie deszcz, słońce ponownie wypełza zza ołowianej chmury i nad lasem wyrasta łuk tęczy. Wiatr otrzepuje wodę z prawie dojrzałych kłosów zbóż, otrząsa krople z gałęzi rozłożystych świerków i wypędza jelenie z zakątka, w którym schroniły się przed ulewą. Wychodzą z wolna na łąkę i pasą się spokojnie pod znikającą wraz z oddalającym się deszczem tęczą. Mokra ziemia paruje. Nad lasem znowu unosi się zapach rozgrzanej żywicy i w coraz szybciej z dnia na dzień zapadający zmrok, wraz z narastającą muzyką świerszczy, wkrada się melancholia nadchodzącej jesieni.

JESIEŃ

Jesień rozpoczyna się, gdy letnia cisz wypełnia się ponownie krzykiem żurawi. Na polach pojawiają się znów ich szare sylwetki. Teraz są to zwykle sprawnie podrywający się do lotu rodzice z niezdarnie podbiegającymi i młócącymi niewprawnymi skrzydłami młodymi. Na ścierniskach, na świeżej jesiennej orce żurawie zbierają się w grupy, przygotowując się do odlotów. Obok ich zbiorowego klangoru przestrzeń wypełnia się nowymi głosami. Kwiląc krąży w powietrzu rodzina orlików. Młody niedawno opuścił gniazdo i wraz z rodzicami wspólnie przemierza powietrzne przestrzenie. Wiele kań już odleciało. Myszołowy rozpoczynają zimową włóczęgę, a stada ptasiego drobiazgu ze szczebiotem obsiadają uginające się pod jagodami krzewy czarnego bzu. Kaczki żerują na wodzie z głośnym kwakaniem, a pojawiający się w powietrzu skrzydlaty drapieżnik, gwałtownie podrywa całe ich grupy do krótkiego lotu. Młode bieliki są już dawno samodzielne i polują niezależnie od rodziców. Młode kaczki są łatwym łupem nawet dla równie niedoświadczonego bielika. W puchaczym ostępie ziemia pod starymi dębami zasłana jest resztkami łysek. To następna łatwa ofiara. O zmierzchu, podobnie jak wiosną, znów można usłyszeć głuche wołanie nocnego rozbójnika, które niesie się daleko nad lasem. A zaraz po nim rozpoczynają swoje występy jelenie. Kiedyś rykowiska odbywały się za dnia i tak dzieje się jeszcze tam, gdzie zwierzęta nie są niepokojone polowaniem. Na większości terenów jednak człowiek zmusił je do ukrywania się pod osłoną nocy, w gęstych zaroślach, trzcinowiskach, wszędzie tam i wtedy, gdzie miłosny ryk nie spowoduje od razu śmiertelnego strzału. Po zachodzie słońca z ciemnej ściany lasu wyłaniają się cienie. Do dzikiej jabłonki, rosnącej na łące, wedruje procesja łań. Wyszukują na ziemi opadłe jabłka, to wielki przysmak, a niektóre próbują dosięgnąć owoców na gałęziach. Za nimi nieśpiesznie podąża byk. Ani mu w głowie jedzenie. Zajęty jest dużo ważniejszymi sprawami. Zagania zdecydowanymi machnięciami rogatego łba łanię, która się zbytnio oddaliła. Po chwili z wzniesionego w górę pyska wydobywa się przeciągły ryk. Oznaka przywództwa i panowania, ostrzeżenie dla rywali. Z lasu dochodzą konkurencyjne porykiwania. Kolejne byki przerywają to grożbą, to jakby skargą, głęboką nocną ciszę, tężejącą pierwszym przymrozkiem. Od strony jeziora spływają wygłuszające wszystko mgły. Słońce podnosi się ze strzępiastych oparów w głębokiej ciszy. Wiatr z pod samotnej jabłoni wywiewa strzępy mgieł wraz z godowym zapachem jeleni. W promieniach słońca łąka wypełnia się wonią rozgrzanych jabłek, opadłych liści i odtopionej z nocnego szronu mięty. Pachną żołędzie, ostatnie prawdziwki pod dębami i zaścielająca brzeg jeziora kosmatym dywanem bukiew. Dziki żerowały tu całą noc, uzupełniając bujnie rosnące przed zimą futro warstwą cennego tłuszczu. Na świeżo rozkopanej przez nie ziemi pozostawił pięciopalczaste ślady borsuk, który jeszcze pilniej musi przygotowywać się do zimowego snu. Obfitość jesiennej karmy przyjemnie wypełnia jego obłe, krępe ciało. Ale jeszcze trzeba przygotować zimowe legowisko z suchych traw w rozbudowanym labiryncie nor na zboczu nad jeziorem. Ciągnąc kłąb turzyc, wspina się ścieżką na brzegu, nie zważając na dochodzące znad wody dziwne głosy. Coś gwiżdże i jakby chichocze w rytm plusków i chlapań. Woda faluje przy brzegu, a za chwilę na środku jeziora wyłania się płaski wąsaty łeb. Wydry dokazują na jeziorze. Pływając wciąż zmieniają kierunki i ustawicznie nurkują. Podczas tych harców jakby mimochodem polują. Złowiony karaś miota się w wynurzonym wydrzym pysku. Za chwilę z kępy kosaćców słychać chrzęst zgryzanych łusek i mlaskanie. A powyżej na błękitnym niebie przesuwa się ku zachodowi z głośnym pożegnalnym gęganiem klucz odlatujących gęsi.

ZIMA

Zima pobiela nasze wzgórza pierwszym śniegiem często już w listopadzie. Wraz z jej mrożnym oddechem zapada nad pustymi polami głęboka cisza, w której każdy odgłos zwierzęcych kroków odbija się od zastygłych drzew falą pulsujących zwielokrotnień. Wśród szarych kęp trawy głodne pyski szukają mozolnie jadalnego kąska, pod dębami wśród posklejanych lodem liści wygrzebują żołędzie, spod oblodzonej ziemi wyrywają korzonki. Jabłonie w starych opuszczonych sadach okolone są spiralnymi łańcuszkami tropów. Na każde lodowe jabłko, które w powiewach zimnego wiatru odrywa się od gałęzi, czeka głodny zwierzęcy żołądek. Lis obojętnie mija zmrożony sad. Nic tu po nim. Łapy grzęzną w miękkim śniegu. Trudno polować w takich warukach. Głodne zwierzęta nocami podchodzą do ludzkich zagród. Z kominów w rozgwieżdżone niebo unoszą się dymy, w oknach kojąco gasną światła. Wtedy można się zbliżyć. Zajrzeć do kurnika, obwąchać odpadki, uszczknąć z ogrodu liść jarmużu, dobrać się do kopca ziemniaków. Do rana śnieg zasypie ślady. Gdy o wschodzie słońca pod nogami gospodarzy zachrzęści kruchy lód, w obejściu buszować będą już tylko wróble i kowaliki. O wywieszony za oknem kawałek słoniny zaczynają kłócić się sikorki. Przy płotach na kolczastych krzewach róży, oblepionych czerwonymi girlandami owoców, żerują kwiczoły. Odlatują na chwilę, gdy człowiek z naręczem bukowych polan, przechodząc ścieżką, wprawia w ruch kolczaste gałęzie. Oszronione okna ciepłych domów błyszczą w słońcu jak zmrożone nocą tafle jezior. Powoli i te najgłębsze okrywają się przejrzystą, coraz grubszą powłoką. Na brzegu bobrowej zatoki, w pierwszych promieniach wschodzącego słońca woda faluje w błotnistym otworze. Kawałki świeżo rozkruszonego lodu leżą po bokach, a od dziury do najbliższej kępy wierzbowych krzaków ciągnie się ciemny, jeszcze nie zamarznięty ślad. Bobry ostrymi zębami odgryzły grubą gałąż, podzieliły ją na kawałki i zawlekły pod wodę. Żeremie na środku mszaru nie zdradzą aktywności jego mieszkańców, ale pod przyprószoną świeżym śniegiem powierzchnią toczy się aktywne życie.
Wokół szpiczastych pieńków ściętych topoli świeże wióry i odciśnięte w śniegu ślady widoczne są , dopóty lód nie jest zbyt gruby. Potem gdy mróz przybiera na sile, bobry pozwalają zamarznąć swoim oknom na świat. W wysłanej drobnymi wiórami komorze gniazdowej ogryzają zgromadzone wcześniej pod wodą gałęzie topoli i wierzby. Specjalny system otworów zapewnia im dopływ świeżego powietrza. Nurkują do swoich spiżarni zwanych zimochowem i przynoszą do żeremia nowy zapas gałęzi. Powietrze rozgrzane zwierzęcymi ciałami odtapia czarne pierścienie pod lodem. Pod powierzchnią trwa ukryte życie, a na zewnątrz skostniała cisza ogarnia jeziora, las i białe przestrzenie pól. Pod śniegiem w norach, w wyścielonych pracowicie suchą trawą i liśćmi kryjówkach śpią jeże, borsuki, jenoty. Na powierzchni spłoszona sarna przerywa zimową ciszę i bezruch odgłosami przyśpieszonego biegu po zmarzniętej ziemi. Mróz narasta. Gdy lód na jeziorach tężeje i powiększa swą objętość, lodowa tafla pęka od wewnętrznych naprężeń, wyzwalając gamę dźwięków rozbiegających się po powierzchni lodu i dalej, w odpowiadającej echem nocnej czystej przestrzeni. Lodową powłoką wstrząsa drżenie, jakby ogromne ciało wielkiego zwierza przebudziło się, westchnęło i ponownie zapadło w sen i bezruch. Biała połać zarysowuje się skomplikowanym systemem linii. Z poszarpanych szczelin pomiędzy taflami lodu wypływa woda. Tam pod spodem, pod zmrożoną powierzchnią jezior, szarych łąk i pól, drzemie nadzieja i oczekiwanie. Ile jeszcze dni trzeba będzie czekać w uśpieniu na wiosenny klangor żurawi?

MIJAJĄ LATA…

Stoimy na szczycie Głowacza, najwyższego wzgórza na Pojezierzu Ińskim, trzymając w ręku znalezioną tu glinianą przęśliczkę sprzed kilku tysięcy lat. Otacza nas ciemny bukowy las tak, że rozległe przestrzenie wokół i poniżej bardziej czujemy niż widzimy. Kim był człowiek, który ulepił ten mały gliniany przedmiot? Jego stopy spoczywały być może dokładnie w tym samym miejscu, co nasze, gdy koralik z jego ręki wytoczył się na ziemię, skąd podniosły go po tysiącleciach inne ręce. Jego oczy widziały wokół także las i przebłyskujące przez ścianę drzew wody jeziora Dłusko. Kraina ta była wtedy bardzo niedostępna. Jeziora i bagna tworzyły system trudny do przebrnięcia. A trzeba pamiętać, że było tych jezior dużo więcej. Od ostatniego zlodowacenia, gdy rzeżba Pojezierza uzyskała obecny kształt, w okresie ostatnich kilkunastu tysięcy lat ubyło dwie trzecie istniejących pierwotnie jezior. Stopniowo, powoli zarastały, zamieniały się w torfowiska, na które z kolei po setkach lat wkraczł las. Tak działo się przez całe tysiąclecia. Człowiek towarzyszył tym przemianom na marginesach zdarzeń uganiając się z maczugą za stadami jeleni, paląc święte ognie ku czci potężnej i całkowicie nad nim dominującej Natury (?). W długą opowieść o zarastaniu jezior, o powstawaniu torfowisk, o żłobieniu dolin przez wody rzek i strumieni, o ciągłej przemianie pokoleń pierwotnych lasów zimnej tundry w dzisiejsze żyzne buczyny, historia ludzkich dokonań wpisuje się dopiero na ostatnich kartach.
O najwcześniejszych osadnikach, którzy poruszali się w labiryncie lasów, bagien i jezior, wiemy bardzo niewiele. Najstarsze ślady bytności ludzkiej, znalezione w dolinie Iny, pochodzą sprzed ośmiu tysięcy lat. Ruch wiecznie krążącej w przyrodzie materii przeniósł prastare pozostałości głęboko pod powierzchnię ziemi. Dopiero w czasach historycznych ludzie zaczęli wprowadzać w otaczającym ich świecie zmiany, które zapoczątkowały wielką rewolucję w przyrodzie i jej stale od tej pory postępujący odwrót przed cywilizacją. Słowiańskie grodziska nad głębokimi rynnami jezior, w zakolach rzek, na wyspach wśród bagien i na wysokich wzgórzach są pierwszym śladem naginania i formowania przyrody. Ziemne wały i fosy chroniły przed nieujarzmioną dzikością, dawały też poczucie bezpieczeństwa przed najazdami i agresją obcych.
Naszemu pojezierzu od najdawniejszych lat przyszło w udziale pełnić rolę niespokojnego pogranicza. Wpływ młodej państwowości polskiej, księstwa pomorskiego, Nowej Marchii i Zakonu Krzyżackiego nakładały się w początkowych wiekach naszego tysiąclecia na prywatną politykę możnego, pochodzącego z zachodu europy rodu Wedlów, który osiadł na tych terenach za panowania książąt pomorskich i mniej więcej do XVIII wieku władał większością tych ziem. Członkowie tego rodu potrafili służyć Polsce, Zakonowi Krzyżackiemu bądź Brandenburgii, w zależności od tego, z której strony spodziewali się większego bezpieczeństwa dla swego stanu posiadania i nowych nadań.
W XIV w. Weledowie zbudowali w Ińsku zamek obronny, z którego dawnej świetności nie pozostał dzisiaj nawet najmniejszy ślad. W tym samym stuleciu głuszce, zasiedlające uprzednio całe Pomorze, zostały skutecznie wybite na większości terenów. Ostały się tylko w okolicach Ińska, skąd przeor klasztoru Dominikanów pod grożbą ekskomuniki musiał dostarczać rocznie dwa ptaki na stół biskupa diecezji kamieńskiej jako wielki rarytas.

Wieki następne pozwoliły poznać nasze malownicze ziemie wielu różnym nacjom. W czasie wojny trzydziestoletniej wielokrotnie przemierzali je Szwedzi, w latach 1807-1812 podczas wojen napoleońskich podziwiać je mogli Włosi i Francuzi. Wizyty te zapisały się mocno w pamięci tubylców dwukrotnym spaleniem Ińska w latach trzydziestych XVII w., a potem niewiarygodnie wysokimi kontrybucjami na rzecz armii napoleońskiej.
Wiek XVIII, XIX i XX to okres intensywnego zagospodarowania. Rozpoczęło się ono już od XIV wieku, kiedy to napływająca z zachodu fala osadników wydzierała dębowym i bukowym lasom kolejne połacie uprawnej ziemi, pod kolejne wsie i miasta. Przez następne stulecia osuszono bagna i torfowiska, mozolnie orano najcięższe gliny i nieurodzajne żwiry. We wsi Połchowo koło Węgorzyna w 1797 r. zrodziła się myśl, by osuszyć tamtejsze jezioro.
Na początku następnego wieku pomysł zrealizowano nakładem sił i środków mieszczan Węgorzyna i pomorskiego rodu Borków. Proces o odszkodowanie dla wsi Połchowo trwał dłużej niż całe przedsięwzięcie. O ironio, w następnym stuleciu, postanowiono w tym samym miejscu znowu utworzyć, istniejący do dziś zbiornik wodny – stawy rybne.
Z końcem XIX wieku, wraz z rozwojem przemysłu okazało się, że gospodarowanie na wydartych naturze terenach jest coraz mniej opłacalne. Aby utrzymać osadników na ich ziemi państwo pruskie zaczęło dotować gospodarkę rolną na tym terenie. Już wtedy, rozpoczął się powolny proces powrotu natury na opuszczone przez człowieka najtrudniejsze w uprawie fragmenty Pojezierza Ińskiego.

Pierwsza wojna światowa pozostawiła w wielu wsiach kamienne pomniki z listami poległych na frontach mieszkańców. Po drugiej wojnie ze starych pomników zdzierano tablice. Nowe państwo i nowi ludzie odreagowywali wojenny koszmar. Przywożono ich tu ze wschodu bydlęcymi wagonami, przydzielano domy i ziemię, zbierano kontyngenty. W dopiero co przydzielonych domach wraz z namowami zapisywania się do spółdzielni zagościł niepokój i obawa przed jutrem. Cywilizacyjny dorobek krainy, która w czasie działań wojennych nie odniosła większych zniszczeń, niszczał powoli pod opieką ludzi, którzy przez długie lata nie mogli poczuć się u siebie.
Przesiedleńcy z początku przejęli pod uprawę ziemie najlepsze, najłatwiejsze w uprawie. Strome stoki, wilgotne pastwiska porastały lasem, eksploatowane przed wojną torfowiska ponownie się zabagniły. Wieś stopniowo zaczęła się wyludniać. Stare gospodarstwa pustoszły, pojawiały się PGR-owskie bloki. Opustoszałe łąki i pola zarastały lasem. Natura kolejną falą zaczęła powracać na wydarte jej kiedyś tereny.
W położonym nieopodal Głowacza Dłusku, komin gorzelni w której składano nawozy, runął do jeziora. Pierwszy we wsi ciągnik „Ursus” zerwał w czynie partyjnym dach z XVI-wiecznego kościółka. Dzieci ze szkoły zbierały dachówki. Dębowe, bogato rzeźbione ławki powędrowały do pieca. Rozsypały się witraże, z których wydłubano ołów na ciężarki do wędek. PGR-y kwitły. Z końcem lat osiemdziesiątych, gdy zaprzestano ich dofinansowywania, na kolejne rozległe obszary odłogowanej ziemi ornej zaczął powracać las. Coraz szerzej zieleniły się zagony brzozowych zapustów. Odtworzyły się bagna, zarosły brzegi jezior, natura zaczęła przejmować w posiadanie zdziczałe przestrzenie.
Czas zatoczył koło.

Jak postępować, aby zachowując tak niepospolite wartości natury, nie zamykać ludziom tu mieszkającym możliwości ekonomicznego i społecznego rozwoju? Znalezienie odpowiedzi na to pytanie, to jedno z głównych zadań powołanego tu w 1981 roku Ińskiego Parku Krajobrazowego



ekofarma.biala@onet.pl            
Stronę odwiedziło 419878 Gości, dzisiaj 44. Gości na stronie 2
© 2009 Eko Farma - Biała     Design projektowanie stron www Error